Gospodyni nr 2/2018 Sprawdźcie o czym piszemy w nowym numerze




Bez pająka nie ma Wielkanocy Powrót do listy

Wprawne ręce, barwna bibułka, kolorowy papier i słoma – koniecznie suszona na strychu. Tyle wystarczy, by wielkanocny pająk zawisł pod sufitem. Tak twierdzą Barbara i Ireneusza Patro, którzy pasją do tej zapomnianej nieco wielkanocnej tradycji zarazili się od babci Stanisławy i sędziwych ciotek.  

Wielkanoc na polskiej wsi była i jest nie mniej bogata w obrzędy i dekoracje niż Boże Narodzenie. A ze świętowaniem Zmartwychwstania, oprócz wszechobecnego jajka, nic nie kojarzy się chyba bardziej niż wielkanocny pająk. Tradycję wyplatania słomkowo-papierowej konstrukcji do dziś pielęgnuje się w wielu wiejskich domach. Tajniki tej sztuki zdradzają Barbara i Ireneusz Patrowie – małżeństwo z Laskownicy Wielkiej na Pałukach.

Wszystkiemu winne ciotki
Wszystko zaczęło się od ciotek pana Ireneusza, Gustawy i Władysławy. Pierwsza dziś jest niemal dziewięćdziesięcioletnią doktor historii, pasjonatką tradycji ludowej i jej piewczynią. Spod jej pióra wyszło kilkadziesiąt pozycji traktujących o kulturze Pałuk. Ciocia Gustawa w sposób praktyczny zainteresowała się ludową twórczością dosyć osobliwie, bo dopiero na emeryturze. Zachęciła ją do tego siostra Władysława, która ćwiczyła się w tym od czasów młodości.
– Zaraz po wojnie, na fali euforii z powodu końca wojny i ocalenia moja babcia Stanisława ambitnie zaangażowała się w działalność miejscowejświetlicy wiejskiej. Nie było telewizji, więc łatwiej było zorganizować ludzi. Tańczyli, śpiewali, haftowali i wycinali. Chodziła tam z córkami Gustawą i Władysławą, więc ciotki sporo się nauczyły. Ludowe wycinanki i pająki najbardziej przypadły do gustu Władysławie – opowiada Ireneusz Patro. To od niej uczył się „pajęczej” sztuki, jeszcze kiedy był gołowąsem. Ciotka robiła pająki na wystawy, a mały Irek pomagał jej „natykać te słomki”. Pierwszego swojego pająka zrobił, kiedy miał jakieś 12 lat. Robił ozdoby już z wykorzystaniem kolorowego papieru i bibuły, ale dawne pająki wykonywano wyłącznie ze słomy. I to ona ciągle stanowi podstawowy surowiec w wytwarzaniu tej ludowej ozdoby.

Zdobądź niedojrzałą słomę
– Słoma musi pochodzić z osobnego ścięcia, nie można użyć tej ze zboża zbieranego kombajnem. Tniemy kosą albo sierpem na jakieś dwa tygodnie przed żniwami. Chodzi też o to, żeby nie była bardzo dojrzała. Słomę się suszy, my kładziemy ją na strychu. Od żniw do wielkiego postu, kiedy zaczyna się robić pająki, upływa wystarczająco dużo czasu. Najlepsza jest słoma żytnia, bo ma najdłuższe międzywęźla, czyli odcinki puste w środku, pomiędzy zgrubieniami. I co ważne, jest sztywniejsza – wyjaśniają Patrowie.
Słoma musi być przesuszona, ale nie wyschnięta, dlatego ważne jest, by tam, gdzie się ją przechowuje, było odpowiednio wilgotno. Żeby zrobić klasycznego pająka, potrzeba dwunastu równej długości słomek. Wiązkę pozbawionych międzywęźli łodyżek wyrównuje się nożyczkami. Właśnie ten moment jest testem na to, czy są odpowiednio wilgotne. Nacisk ostrzy na zbyt suchą słomkę powoduje jej zagniecenie na sporej długości, a to dyskwalifikuje źdźbło jako surowiec.
Jak zaczyna się skomplikowaną konstrukcję pająka? Oprócz słomek potrzebna jest gruba i długa igła i bawełniany kordonek, także gruby. Nie chodzi tu nawet o wytrzymałość, a o to, by nić nie przecięła słomki. Nić powinna być tak długa, by zmieściło się na niej dwanaście słomek. Po nanizaniu czterech związuje się końce tak, by powstał kwadrat, a nitka, bez ucinania, służy do nawleczenia kolejnych czterech. Kolejne cztery nanizane słomki „prowadzi się” prostopadle do płaszczyzny, którą utworzyły pierwsze cztery. Powstaje więc zarys siatki sześcianu. Kiedy mamy już dwie przecinające się pod kątem prostym „płaszczyzny”, nanizuje się ostatnie cztery słomki tak, by leżała prostopadle i do pierwszej płaszczyzny, i do drugiej. Powstaje wtedy szkielet figury, która jest jakby dwiema przylegającymi do siebie swoimi podstawami piramidami – klasycznymi, o podstawie kwadratu. Takich szkieletów potrzebujemy do pająka sześć – na jednym dużym zawieszamy sześć mniejszych, które zwisają z jego szczytów. A z tych „szkieletów” zwisają już kolorowe ozdoby – z bibuły, papieru kolorowego albo krepy.

Miotełka w try miga

Pająki przybierają różne formy. Oprócz konstrukcji z „piramid” robiono też takie, które przypominały krynoliny, czyli suknie na stelażu. Dwie obręcze, mniejszą i większą, zwykle wykonane z wikliny, łączono girlandami ze słomek i kwiatów. Tam sprawdzały się kuliste bibułowe kwiaty. W konstrukcji piramidalnej lepiej wyglądają stożki, z których wystaje kolorowa miotełka. Są wyjątkowo efektowne, a ich wykonanie jest banalnie proste. Najpierw kwadratowy kawałek papieru zwijamy w tutkę albo lejek. Kolorowa czapeczka to połowa wisiorka. Żeby zrobić miotełkę, od końca zwoju krepy odcinamy kilkucentymetrowy kawałek. Lekko go rozwijamy i na takiej spłaszczonej rolce robimy nacięcia do połowy szerokości paska. Potem pasek rozwijamy do pojedynczej warstwy i nożyczkami naciągamy frędzelki tak, by lekko się zawijały. Ponownie zwijamy naciętą taśmę tak, by rulonik rozchylał się jak kwiat. Przez gotowy przeciąga się nitkę i nanizuje na nią czapeczkę. Na pająka trzeba czasu.
– Dużo, kilkanaście godzin nie wystarczy. Ale wtedy się człowiek uspokaja, jak tak sobie w ciąży dłubałam, to pamiętam, że się bardzo wyciszyłam. Dużo zależy od słomy, od tego jak nitka przez nią przechodzi. Ale my niepatrzymy na zegarek, kiedy robimy. Dużego pająka, do muzeum, robiliśmy wieczorami przez ponad dwa miesiące, a siedzieliśmy nawet i do drugiej albo i trzeciej w nocy. Trzeba było naciąć kwiatki, słomkę, ponawlekać z półtora metra słomek z kwiatkami, potem mocować do stelaża – opowiada Barbara Patro, mocując słomki na naszych oczach. Robienie pająków jest dla Patrów nie tylko wkładem w podtrzymywanie pałuckiej tradycji, ale i sposobem na dobre wspólne spędzanie czasu.
– Cieszę się, że mogę z mężem pielęgnować tradycję, zwłaszcza tę, która tyle miejsca zajmowała w życiu jego rodziny. Wspólne siedzenie wieczorami przy pracy dobrze nam robi. Wkręciło mnie to, bo zawsze lubiłam coś tam wycinać, wyklejać, malować. Dzielimy się pracą, każdy robi swoje. W jednym ja jestem dobra, w czymś innym – mąż. Irek manualnie jest słabszy – śmieje się pani Barbara.
– Ja jestem lepszy w konstruowaniu szkieletu. Nie wycinam dobrze, więc tę część oddałem żonie. Praca uspokaja, ale nie siadamy do niej, kiedy mamy nerwowy dzień. Wtedy pająk nie wychodzi – dodaje Ireneusz Patro.

 Karolina Kasperek  

Galeria zdjęć